Statystka

Witaj!

Miło mi przywitać Cię na moim blogu. Publikuję tu opowiadanie fanfiction, gdzie główny paring to Hermiona Granger i Fred Weasley. Po więcej odsyłam do zakładki "About".

Rozdziały publikuję co dwa tygodnie, we środy.

Uprzejmie proszę o nie zostawianie spamu pod rozdziałami. Stworzyłam do tego specjalną zakładkę i tam kierujcie wszystkie reklamy.

Skontaktować się ze mną można przez e-mail: lost.cigarette@gmail.com
środa, 18 stycznia 2017
Autor: 6 komentarzy
Pani Weasley obudziła wszystkich przed ósmą rano. Po śniadaniu chciała zagonić wszystkich do pracy, jednak Ron, Harry i bliźniaki ulotnili się gdzieś i ucięli sobie drzemkę. Hermiona i Ginny niestety nie miały tak łatwo. Razem z Molly, matką Fleur i Gabrielle pilnowały, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Fleur i Bill przygotowywali się w swoich pokojach, unikając całego zamieszania.
Nikt nie mógł powiedzieć, że w Norze było spokojnie, ale kiedy pojawiły się kuzynki Fleur i ciotka Muriel, zapanował istny chaos. Charlie, brat Rona, próbował to jakoś ogarnąć, z marnym jednak skutkiem. Muriel krytykowała dosłownie wszystko, wygłaszając przy tym kazania, czym doprowadzała do szału Molly, a dziewczęta z Francji marudziły, że są zmęczone i że mają tak mało czasu na uszykowanie się. Dopiero, kiedy Artur pokazał im pokoje, w których mogły przebrać się i odświeżyć, a ciotka Muriel odpocząć i zniknąć wściekłej Molly z oczu, wrzawa trochę ucichła.
Zbliżała się godzina ceremonii, dlatego Hermiona spojrzała na Ginny i obie poszły do kwatery najmłodszej z Weasley’ów. Ich sukienki wisiały już na szafie, kosmetyki do makijażu walały się dosłownie wszędzie. Nie odzywając się do siebie ani słowem, zajęły się układaniem włosów. Cisza między nimi ciążyła Hermionie, jednak dziewczyna była zbyt dumna, by ją przerwać. Czasem zastanawiała się, co by było, gdyby jej i Ginny udało się zaprzyjaźnić. Szybko jednak dochodziła do wniosku, że jeden upierdliwy Weasley na głowie w zupełności wystarczy.
Ginny zostawiła włosy rozpuszczone, spięła je delikatnie u góry, zabezpieczając je spinką. Hermiona uważała, że jej młodsza koleżanka nie potrzebuje mocnego makijażu, dlatego z aprobatą patrzyła na nią, gdy ta podkreśliła tylko rzęsy, policzki i usta. W czarno-szarej sukience przed kolano wyglądała bardzo ładnie i dziewczęco.
Hermiona upięła delikatnie włosy. Zastanawiała się, jaki makijaż powinna zrobić. Doszły ją słuchy, że na weselu pojawi się Wiktor Krum, dlatego chciała wyglądać jak najładniej. Wiedziała, że nie będzie robić takiego wrażenia jak kuzynki Fleur, nie znaczyło to jednak, że nie zamierzała, jakby to powiedzieli mugole, zrobić się na bóstwo. W brzuchu poczuła ciepło, gdy wyobraziła sobie, jak Wiktor patrzyłby na nią. Uśmiechnęła się lekko, gdy przywołała w myślach obrazy z Balu Bożonarodzeniowego. Wtedy reprezentant Durmstrangu był wpatrzony w nią jak w obrazek.
- Mogę ci pomóc z makijażem, jeżeli chcesz – zaproponowała Ginny.
Hermiona spojrzała na nią z ukosa, a przez głowę przeleciała jej myśl, że rudowłosa dziewczyna chce zrobić z niej pośmiewisko. W jej oczach nie zobaczyła jednak złych zamiarów, tylko chęć pomocy. Widocznie zbyt szybko wysuwała pochopne wnioski na jej temat.
- Jeśli to nie będzie problem… - odparła, wzruszając ramionami.
Ginny wywróciła oczami i bez słowa zabrała się do pracy. Hermiona już miała rzucić w jej stronę złośliwy komentarz, jednak w porę ugryzła się w język. Nie chciała się kłócić z młodszą siostrą Rona, zwłaszcza, gdy ta proponowała pomoc.
Kiedy skończyła, a Hermiona mogła spojrzeć na siebie w lustrze, nie była w stanie uwierzyć, że ta dziewczyna w odbiciu to ona. Ginny podkreśliła jej oczy ciemnym cieniem, ale tylko w kąciku, tak, że wyglądała naprawdę tajemniczo. Policzki delikatnie zaróżowiła, rzęsy pociągnęła tuszem, a usta podkreśliła czerwoną, jednak nie wyzywającą, szminką.
- Um, dziękuję, Ginny – wydusiła z siebie po paru sekundach wpatrywania się w lustro. Zauważyła, że młodsza koleżanka obserwuje ją uważnie, z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Nie ma sprawy – mruknęła tamta i wyślizgnęła się po cichu z pokoju.
Hermiona nałożyła swoją sukienkę i ponownie spojrzała w lustro. Miała nadzieję, że ciemna czerwień nie jest zbyt prowokująca. Dziwnie się czuła, szczególnie, że dekolt był całkiem duży, ale musiała przyznać, że wyglądała bardzo ładnie. Jak kobieta.
Wsunęła na stopy szpilki w tym samym kolorze i spojrzała na zegarek. Ceremonia miała rozpocząć się za pół godziny. Nie wiedziała, co ją podkusiło, ale zabrała ze sobą torebkę, którą szykowała na wyprawę i powoli zeszła na dół.

Przed namiotem stało całkiem sporo czarodziejów. Kuzynki Fleur, tak jak się spodziewała, olśniewały i Hermiona przez chwilę poczuła się nieswojo, zwłaszcza, gdy widziała taksujący wzrok Francuzek skierowany w jej stronę. Zaczerwieniła się lekko i żeby nie musieć na nie patrzeć, rozejrzała się wokół, ale w tłumie ubranych na kolorowo czarodziejów nie mogła znaleźć nikogo znajomego. Nawet Ginny.
- A kogo tak szukasz? – usłyszała tuż przy uchu i podskoczyła.
Odwróciła się szybko, kurczowo zaciskając dłonie na torebce i po chwili odetchnęła. Ostatnimi czasy stała się naprawdę nerwowa.
 - Och, to tylko wy – wyszeptała, patrząc na bliźniaków.
Przyjrzała im się dokładnie. Wyglądali całkiem przystojnie w czarnych jak smoła, eleganckich szatach. Ich jasna skóra i rudobrązowe włosy kontrastowały z tym ubiorem. Oczywiście uśmiechali się od ucha do ucha i tryskali pozytywną energią. Czasem zazdrościła im tej pogody ducha.
- Nie mogę znaleźć Harry’ego, to trochę niebezpieczne, że chce się tu pokazać – powiedziała, ściszając głos tak, by tylko oni słyszeli i pochyliła się w ich stronę.
Bliźniacy spojrzeli na siebie wymownie, a Hermiona uniosła brew. Wiedziała, że już coś wykombinowali.
- Ty się o nic nie bój – zaczął George.
- Zadbaliśmy o niego – dodał Fred.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i zanim zdążyła o cokolwiek zapytać, bracia odwrócili się na pięcie i odeszli. Czuła ciekawość, niezaspokojoną ciekawość, jednak wiedziała, że nie wyciągnie nic ani od Freda, ani od George’a, między innymi dlatego, że oboje rozpłynęli się w tłumie czarodziejów. Pokręciła głową i przeszła parę kroków w nadziei, że uda jej się znaleźć kogoś znajomego. Po paru minutach ujrzała Rona z jakimś krępym, rudowłosym chłopcem przy ciotce Muriel. Zastanowiła się przez chwilę. Przecież Ron nie zostawiłby Harry’ego…
No tak. Miała ochotę pacnąć sobie otwartą dłonią w czoło.  Ten krępy rudzielec to właśnie Harry. Bliźniacy załatwili mu eliksir wielosokowy albo przygotowali go sami. Już chyba nawet nie chciała wiedzieć i szybko odgoniła wspomnienia z drugiej klasy i obraz Łazienki Jęczącej Marty.
 Podeszła do nich, grzecznie przywitała się z ciotką Muriel i zwróciła się do Rona. Chyba nie przerwała im w rozmowie, bo Muriel była zainteresowana wpatrywaniem się w zbyt krótkie według niej sukienki kuzynek Fleur i mamrotaniem złośliwości pod nosem, a chłopcy stali wyprostowani jak struna.
- Może przedstawiłbyś mnie swojemu kuzynowi? – spytała, patrząc na niego wymownie.
- Ach, no tak – wymamrotał Ron. – To… Barny. Barny Weasley.
Hermiona podała mu rękę i uśmiechnęła się kątem ust, dając mu znać, że go poznała. Czuła złość, że nie wtajemniczyli jej w ten pomysł, jednak bezpieczeństwo Harry’ego było sprawą priorytetową. Zobaczyła wyraz ulgi na twarzy Barny’ego/Harry’ego.
Dziewczyna miała ochotę wywrócić oczami, gdy słuchała narzekania ciotki Muriel. Nienawidziła rozmów o niczym i obmawiania innych ludzi. Marzyła, by ten wywód szybko się zakończył i, patrząc na wyraz twarzy obojga swoich przyjaciół, mogła śmiało stwierdzić, że oni uważali podobnie. Ku ich uciesze,  pan Weasley zaprosił wszystkich do namiotu.
Ceremonia miała się zacząć.
Hermiona, Ron i Harry usiedli koło siebie. Nikt nie pytał o Harry’ego, choć miała wrażenie, że wszyscy obserwują ją i Rona, zupełnie ignorując Barny’ego. Nie czuła się z tym dobrze, ale nie mogła nic na to poradzić. W końcu oboje przyjaźnili się ze słynnym Wybrańcem, a sam Potter był na celowniku Ministerstwa i Voldemorta. Mdliło ją na myśl o tym, w jakim Harry jest niebezpieczeństwie, jednak była niemal pewna, że nikt nie rozpozna w Barnym Harry’ego.
Znów rozejrzała się dookoła siebie. Wnętrze namiotu wyglądało bajecznie. Dziś rano rozwinięto fioletowy dywan, po którym miała przejść Fleur. Nad mistrzem ceremonii, w którym Hermiona z zaskoczeniem rozpoznała mężczyznę, który tak niedawno przewodził pogrzebowi Dumbledore’a, unosiło się kilkanaście pięknych balonów w kolorze srebra i fioletu. Była pewna, że to sprawka Freda i George’a.
Poczuła czyjś wzrok na sobie i zwróciła się w tamtym kierunku. To Wiktor Krum obserwował ją uważnie. Uśmiechnął się do niej, kiedy ich oczy się spotkały, a ona zarumieniła się lekko i odpowiedziała tym samym. Znów poczuła ciepło w okolicy brzucha i zarumieniła się. Udało jej się złapać także wzrok Freda, który puścił do niej oczko. Z rozbawieniem pokręciła głową i ze zdziwieniem stwierdziła, że policzki nadal ją palą. Oczy Freda, tak różne od oczu Rona, patrzyły na nią z niemałym podziwem. Szybko odwróciła się, by nie robić z siebie idiotki. Przełknęła ślinę, zdenerwowana.
Nie wiadomo skąd rozległa się muzyka. Bill stał już po prawej stronie mistrza ceremonii, obok niego był Charlie. Pan młody szukał w twarzach gości jeszcze jednego swojego brata, Percy’ego, jednak ten nie pojawił się na ślubie. Całej rodzinie Weasley’ów było z tego powodu przykro, a Hermiona sądziła, że to bardzo niewłaściwe zachowanie z jego strony. Nic nie mogła na to poradzić, Percy wybrał Ministerstwo zamiast rodziny, jakkolwiek smutno by to nie brzmiało.
Wszyscy wstali, a dźwięk muzyki zakłócił na moment Hagrid, który głośno wydmuchiwał nos. Barny/Harry uśmiechnął się pod nosem i szturchnął Rona, który dusił się ze śmiechu. Hermiona cudem powstrzymała parsknięcie, kiedy zauważyła karcące spojrzenia niektórych gości. Fred i George chichotali głośno.
Przez tłum gości przebiegło westchnienie, gdy zobaczyli Fleur kroczącą główną nawą. Szła pod rękę z ojcem. Miała na sobie prostą, białą suknię, z delikatnymi czarnymi ozdobami, a na jej głowie znajdował się diadem ciotki Muriel. Dziewczyna szła powoli, a jej oczy utkwione były w Billu. Ten patrzył na nią z miłością i podziwem. Fleur wręcz olśniewała i Hermiona mogłaby przysiąc, że każdy, który znajdował się teraz w namiocie, jaśniał odrobinę bardziej dzięki tej pięknej dziewczynie.
Hermiona pomyślała, że to cudowne, że udało im się zakochać w tak niesprzyjających czasach. Zazdrościła im tej miłości i zapragnęła, by ktoś pokochał ją tak, jak ta dwójka kochała siebie nawzajem. Przez myśl przeszło jej, że tą osobą mógłby być Ron i nieświadomie przysunęła się do niego odrobinę, jednak ten nie zwrócił na to uwagi. Hermionie poczuła ukłucie w sercu, gdy zdała sobie sprawę, że dla Rona jest tylko przyjaciółką. Powstrzymała łzy cisnące jej się do oczu.
Za Fleur kroczyły druhny, Gabrielle i Ginny. Obie wyglądały niezwykle dziewczęco. Wszyscy byli zachwyceni przebiegiem ceremonii i atmosferą pełną miłości. Hermiona w duchu przyznała rację Harry’emu. Tak, to wesele było potrzebne, zwłaszcza w takich czasach. Było żywym dowodem na to, że miłość istnieje, że wojna nie pochłonęła czarodziejów do końca. I że jest coś, o co warto walczyć, mając przy boku ukochaną osobę.
Gdy państwo młodzi wypowiadali słowa przysięgi, żaden z gości nie mógł powstrzymać wzruszenia. Mistrz ceremonii ogłosił ich mężem i żoną, a Bill z pasją pocałował swoją panią Weasley.

Hermiona była pod wrażeniem tego, że nic złego nie działo się na weselu. Zdarzyło jej się zatracić w tej atmosferze i zapomnieć na chwilę o rodzicach, którzy nie mieli pojęcia o jej istnieniu, o wyprawie, która ją czekała i o Voldemorcie, który czyhał na Harry’ego. Zapomniała na chwilę o guli w gardle, która dławiła ją za każdym razem, gdy myślała o którejś z tych rzeczy.
Zerkała z zazdrością na nowożeńców. Bill i Fleur tańczyli razem, wpatrzeni w siebie z miłością. Nikt nie chciał im przerywać tej chwili, nawet niecierpliwa ciotka Muriel, która czekała na taniec z Billem. Hermiona siedziała przy stoliku z Harrym i Ronem, cały czas rozglądając się dookoła. Nie potrafiła się do końca wyluzować i w pełni oddać zabawie.
- Na Merlina, uspokoisz się wreszcie? – wyszeptał Ron, patrząc na nią jak na kretynkę. Dziewczyna wywróciła oczami. – TU. JEST. BEZPIECZNIE. – wyartykułował każde słowo po kolei, bardzo wyraźnie, a Harry parsknął śmiechem.
- On ma rację, zabaw się, chociaż przez chwilę – poprosił.
- Szkoda, że nawet nie mogę zatańczyć z moim przyjacielem – powiedziała, patrząc na Harry’ego z uniesionymi brwiami i skrzyżowała ręce na piersi.
Ron wzniósł oczy do góry.
- Możesz – odparł na to rudzielec.
- Och, wiem, że mogę, ale wolałabym patrzeć na twarz Harry’ego, a nie Barny’ego – rzuciła złośliwie.
- Przestań w końcu marudzić – rzucił Ron i, nie zwracając uwagi na ton jej głosu, nalał sobie ponczu.
Oparł się wygodnie na krześle i wygłodniałym wzrokiem obserwował piękne kuzynki Fleur. Hermiona poczuła ukłucie w sercu. Czyżby to była zazdrość?
- Można? – Usłyszała pytanie wypowiedziane z wyraźnym akcentem.
Spojrzała do góry, a jej oczom ukazał się Wiktor Krum. Podawał jej ramię, zapraszając do tańca. Ron i Harry wyprostowali się na krzesłach i mierzyli Bułgara wzrokiem. Hermiona pokręciła delikatnie głową z dezaprobatą, oboje zachowywali się jak dzieci, jednocześnie czując w sercu ukłucie. Czyżby Ron był zazdrosny o Wiktora?
Uśmiechnęła się do Kruma i przygładziła sukienkę. Zastanowienie się, czy przyjąć jego propozycję zajęło jej dosłownie sekundę. Podała mu rękę.
- Oczywiście.
Wiktor zaprowadził ją na parkiet, a ona nie spojrzała na swoich przyjaciół. Chciała trochę zagrać na nosie Ronowi.
Przyglądała się Wiktorowi kątem oka i musiała przyznać, że wyprzystojniał. Miał na sobie czarną szatę, która podkreślała jego bladą cerę. Był dużo wyższy od niej. Przypomniał jej się Bal Bożonarodzeniowy. Czuła się wtedy taka wyróżniona, taka ważna. Nie mogła uwierzyć, że ktoś taki jak Wiktor zaprosił ją na takie wydarzenie. Pamiętała, że doskonale tańczył i że świetnie się z nim bawiła.
Poruszali się w rytm muzyki, a Wiktor prowadził w tańcu. Uciekła wzrokiem, gdy zorientowała się, jak na nią patrzy. Poczuła jego rękę na plecach i przeszedł ją dreszcz. Uświadomiła sobie, jak dziwnie czuje się, kiedy dotyka jej mężczyzna. W dodatku tak przystojny mężczyzna.
Czuła na sobie wzrok innych gości, zwłaszcza wzrok żeńskiej części gości. Nie dość, że była przyjaciółką ściganego Harry’ego Pottera, to jeszcze tańczyła z Wiktorem Krumem. Faktycznie, mogła wzbudzać niechęć młodszych pań na weselu, szczególnie tych, które przyszły bez partnera.
- Wyglądasz pięknie – powiedział, gdy piosenka się skończyła, patrząc na nią z nieukrywanym podziwem. Uśmiechnęła się, słysząc ten komplement.
Zorientowała się, że nadal czuje się w jego towarzystwie bardzo swobodnie. Starała się nie zwracać uwagi na obserwujących ich ludzi.
- Dziękuję.
Wiktor rozejrzał się.
- Odprowadzę cię do stolika, a potem znów zatańczymy, dobrze?
Hermiona, dość zdziwiona tym obrotem spraw, pokiwała powoli głową. Sądziła, że na parkiecie zabawią troszeczkę dłużej niż trzy minuty.
- Czy coś się stało? – spytała, kiedy szli w stronę jej stolika. Ron patrzył na nich i aż poczerwieniał ze złości. Harry/Barny siedział obok z nietęgą miną. Hermiona prawie wywróciła oczami na ten widok i skupiła się na słowach Bułgara.
- Nie, wszystko w porządku – odparł. Zanim znaleźli się w zasięgu słuchu Rona i Harry’ego, Wiktor przytrzymał ją delikatnie za ramię i nachylił się w jej stronę. – Co się stało z Potterem?
Hermiona zadrżała i wyrwała się. Spojrzała mu twardo w oczy.
- Nie sądzę, żeby to była twoja sprawa – odpowiedziała chłodno.
Każda osoba, która nie była w Zakonie, a zadawała jej to pytanie, sprawiała, że czuła się nieswojo. Co miała na to odpowiedzieć? „Tak, z Harrym wszystko w porządku, poza tym, że bardzo potężny czarodziej, który zamordował tysiące osób, chce go zabić. Ale gdyby odjąć ten fakt, można powiedzieć, że całkiem dobrze się trzyma”. Denerwowały ją pytania tego typu. Nawet wypowiadane z ust Wiktora Kruma.
Wiktor zmieszał się.

- Nie o to mi… A zresztą. Jeśli go spotkasz, kiedykolwiek, przekaż mu, że Czarny Pan nadchodzi – dodał i odszedł, zostawiając ją z mętlikiem w głowie.

Nie bardzo wiem, co tu napisać. Chyba tylko tyle, że mam nadzieję, iż rozdział się podobał.
środa, 4 stycznia 2017
Autor: 2 komentarze
Następnego dnia rano okazało się, że Hermiona niepotrzebnie zaprzątała sobie myśli popołudniem spędzonym w towarzystwie Freda. Chłopak zachowywał się tak, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło i cały ranek spędził z Georgem, robiąc żarty swojej matce i Ronowi. Molly dostawała szewskiej pasji, kiedy jej synowie wymyślali coraz to nowe kawały. Najbardziej denerwowało ją, gdy znienacka teleportowali się gdzieś w jej pobliżu.
Natomiast Hermiona po porannej toalecie i śniadaniu zajęła się ostatnimi poprawkami swojej sukienki i doradzaniem Fleur w kwestii makijażu i fryzury. Francuzka nie była do końca zdecydowana i potrzebowała czyjejś opinii – padło na Hermionę i Ginny.
Dziewczyna nie była z tego powodu zadowolona – wolała obserwować Kingsleya, który przybył na wesele i pomagał w zabezpieczeniu bariery. W ten sposób mogłaby się przynajmniej czegoś nauczyć, czegoś, co pomogłoby jej, Harry’emu i Ronowi, gdy będą szukali Horkruksów.
Zamiast tego spędziła trzy godziny dyskutując na temat sukienek, fryzur i makijażu z Ginny, za którą nie przepadała, i z Fleur, za którą również nie przepadała.
Po obiedzie udało jej się podsłuchać rozmowę Kingsleya i Remusa. Mężczyźni wyszli z kuchni i stanęli przy łazience. Sądzili pewnie, że nikt ich nie usłyszy. Oboje mówili bardzo cicho, ale na szczęście znała zaklęcie, które sprawiło, że słyszała wszystkie ich słowa tak wyraźnie, jakby stała obok nich.
- Robi się coraz bardziej niebezpiecznie, Remusie.
- Co masz na myśli? Śmierciożercy na razie nie atakują.
- Och, atakują. Z tym, że Ministerstwo jest tak zastraszone i przesiąknięte ludźmi Voldemorta, że każdy boi się o tym mówić.
- A więc chcesz powiedzieć, że…
- Że ginie coraz więcej ludzi.
Hermiona wstrzymała oddech. Jak? Jak? Po tym wszystkim? Jak oni mogli to wszystko ukrywać? Przecież czarodzieje powinni wiedzieć, że jest niebezpiecznie!
- Chcą wprowadzić godzinę policyjną – powiedział Kingsley.
- Żeby mieć pretekst do zabójstw – dokończył za niego Remus.
- Dokładnie. Każdy, kto pojawi się na ulicy po dwudziestej i spotka na swojej drodze kogoś z JEGO ludzi, będzie zamordowany.
- To straszne.
- To straszne – przytaknął mu Kingsley. – Zaczynam się obawiać, że nawet jako Zakon nie możemy za wiele zrobić, zbyt wielu jest szpiegów wokół nas.
- Przecież Harry jest…
- Wybrańcem, tak wiem o tym. Problem w tym, że to zagubiony dzieciak, który nie wie, w którą iść stronę. Nosi zbyt wielki ciężar na swoich barkach i sądzę, że nie jest w stanie mu podołać.
W tym momencie Hermiona przestała słuchać. Aż się w niej zagotowało. Poszła do pokoju Ginny, w którym nocowała i usiadła na łóżku, starając się choć trochę uspokoić. Po paru minutach zaczęła przyznawać Kingsleyowi rację. Harry od śmierci Dumbledora jakby przygasł. Już po tym, jak zginął Syriusz mało brakowało, by się załamał, teraz jednak nie miał tak naprawdę żadnego mentora. Nie było obok niego ojca, który wskazałby mu właściwą drogę, a nawet Lupin nie mógł sprostać temu zadaniu.
Zastanawiała się, czy powinna powiedzieć o tym Harry’emu. Dotarło do niej, że tak ostre słowa mogą przynieść odwrotny efekt do zamierzonego – zamiast zagotować się do walki, Harry przygaśnie jeszcze bardziej. Znała go jednak bardzo dobrze i wiedziała, jak pokierować rozmową, by podnieść młodego Pottera na duchu.
Westchnęła i pomyślała, że czeka ją dosyć trudna rozmowa. Na razie nie mogła poskładać myśli, nie wiedziała nawet, jak zacząć. Stwierdziła, że zajmie się czym innym.
Wyciągnęła spod łóżka małą torebkę i otworzyła ją. Od kilku dni zbierała wszystkie rzeczy, które mogłyby przydać się jej i chłopakom podczas podróży. Oczywiście wszystko było pomniejszone odpowiednim zaklęciem, dobrze wiedziała, że wielkie torby skutecznie utrudniają ucieczkę. Póki co udało jej się zebrać namiot, kilka koców, trochę ubrań na zmianę, kilkanaście butelek wody i całkiem sporą ilość jedzenia. Nie mogło tam zabraknąć także map i książek. Nigdy nie wiedziała, co może przydać się podczas takiej wyprawy.
Nie wiedzieli także od czego zacząć. Harry miał medalion Salazara Slytherina z liścikiem podpisanym tajemniczo R. A. B. Ktokolwiek to był na pewno już nie żył, a więc nie mógł im pomóc. Wrzuciła ze złością torebkę pod łóżko. To jak szukanie wiatru w polu!

Po kolacji udało jej się odciągnąć Harry’ego i Rona na bok. Wyszli na zewnątrz, by móc spokojnie porozmawiać. Ostatnio miała wrażenie, że chłopcy jej unikają, że mają przed nią jakieś sekrety. Nie chciała tak myśleć, ale ich zachowanie, szepty, to jak się od siebie oddalali – to wszystko na to wskazywało.
Co nie zmieniało faktu, że cała trójka odetchnęła z ulgą, gdy znaleźli się poza zasięgiem mocy pani Weasley. Nerwowa atmosfera przed weselem sięgała zenitu i choć wszyscy myśleli, że jutrzejsza ceremonia jest dopięta na ostatni guzik, to Molly co rusz znajdowała rzeczy, które należało zrobić na wczoraj.
Znalazła ich szepczących w pokoju Rona.
- Hermiono, jeżeli znów zaczniesz to samo… - rozpoczął Ron, ale ona uniosła dłoń i automatycznie przypomniało jej się wczorajsze popołudnie z Fredem. Bezwiednie zaczęła znów ich porównywać.
- Nie zacznę, obiecuję – powiedziała i usiadła obok Harry’ego.
Harry i Ron spojrzeli na siebie, zdziwieni. Dziewczyna wzięła głęboki wdech i rozejrzała się po pokoju.
- Chodzi o to, że podsłuchałam dziś rozmowę Remusa i Kingsleya – wydusiła z siebie w końcu.
Oboje, jak na zawołanie, zmarszczyli brwi. Harry otworzył usta, chcąc pewnie coś powiedzieć, ale Hermiona go uprzedziła.
- To wszystko kłamstwa. Musimy zacząć szukać, Harry, musimy, bo jest coraz gorzej.
- Ale przecież nic się nie dzieje – zaprotestował Ron.
- Też tak myślałam – odparła smutno. – Kingsley powiedział, że ataków i morderstw jest coraz więcej.
Oboje otworzyli oczy szeroko ze zdumienia. Byli tak różni od siebie, jednak pewne rzeczy robili tak samo, w tym samym czasie.
- Przecież w Proroku Codziennym nie było mowy o żadnych morderstwach – wyszeptał Ron.
- Nic dziwnego – odparła. – Wszyscy są zastraszeni, boją się własnego cienia. Chcą też wprowadzić godzinę policyjną.
- Ale po co? – zapytał Harry.
- Żeby móc mordować każdego, kto złamie ten zakaz – odparła, a Ron z sykiem wciągnął powietrze i zaklął.
- Oni tracą nadzieję, prawda? – spytał smutno Potter.
Hermiona pokiwała głową.
- Ale możemy coś z tym zrobić, Harry. Wciąż są ludzie, którzy w ciebie wierzą – zapewniła go.
- Hermiona ma rację – poparł ją Ron.
Harry milczał przez dłuższą chwilę. Wziął głęboki oddech i spojrzał na swoich przyjaciół.
- Czyli postanowione. Wyruszamy zaraz po weselu.

Hermiona weszła po cichu do pokoju Ginny i położyła się na łóżku. Za oknem było już ciemno. Nawet nie wiedziała, kiedy tak szybko minął wieczór. Dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo brakowało jej zwykłej rozmowy z przyjaciółmi. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że od jakiegoś czasu nie rozmawiała z nimi o niczym innym, jak tylko o poszukiwaniu horkruksów. Zrobiło jej się głupio z tego powodu. Owszem, to ważna sprawa, jednak zauważyła, że odłożyła uczucia na bok, a Harry’emu i Ronowi niekoniecznie się to udało.
 Młodsza siostra Rona czytała książkę i spojrzała na nią spod byka, kiedy ta weszła. Granger już od dawna wiedziała, że ta niechęć jest obustronna. No cóż, nie ze wszystkimi można się przyjaźnić. Hermiona wśliznęła się do łóżka.
- Wiem, że coś kombinujecie – powiedziała Ginny po parunastu minutach niezręcznej ciszy.
Hermiona spojrzała na nią ze zmarszczonymi  brwiami i pokręciła głową. Nie chciała być złośliwa, ale w takiej sytuacji, musiała. Nie mogło obchodzić jej uczucie Harry’ego i Ginny, były ważniejsze rzeczy.
- Nie wiem, o czym mówisz, ale sądziłam, że do tej pory nauczyłaś się, że nigdy nie będziesz wiedziała o czym rozmawiam z Harrym i Ronem.
Rudowłosa prychnęła z pogardą.
- Nie obchodzi mnie to – zapewniła ją, chociaż obie dobrze wiedziały, że to nieprawda. – Nie narażaj tylko mojego brata i chłopaka, którego kocham, na niepotrzebne niebezpieczeństwo – warknęła.
- Ginny, po raz kolejny powiem ci, że nie wiem o czym mówisz. – Hermiona delikatnie podniosła się na łóżku. Nie spodziewała się, że jej tymczasowa współlokatorka jest aż tak inteligentna. Albo że zna ich trójkę tak dobrze.
- Myślę, że dobrze wiesz, ale utrzymuj, że jest odwrotnie. Mam nadzieję, że wiesz, że Zakon się wszystkim zajmie. Harry musi tylko przejść żałobę po Dumbledorze i im zaufać, a wtedy wszystko się jakoś ułoży – powiedziała.
Hermiona niechętnie w duchu przyznała jej rację, znała jednak Harry’ego na tyle dobrze, że wiedziała, iż nie będzie chciał narażać całego Zakonu na szukanie horkruksów. Zwłaszcza, że o horkruksach wiedziała tylko ich trójka.
- Miejmy nadzieję, że tak będzie – powiedziała, chcąc już zakończyć dyskusję.
- Aha, jeszcze jedno. Skoro chcesz chodzić na samotne spacery, gdzie ktoś z łatwością może cię zabić, to proszę bardzo – rzuciła. – Ale nie narażaj na to samo kolejnego mojego brata.

Na to Hermiona nic już nie mogła odpowiedzieć, ale na wzmiankę o Fredzie zaczerwieniła się, choć na całe szczęście Ginny tego nie widziała.

Nie bardzo wiem, co tu napisać. Dostałam ostatnio jakiejś szaleńczej weny i cały czas piszę. Mam także kilka miniaturek, które być może kiedyś ujrzą światło dzienne.
środa, 21 grudnia 2016
Autor: 3 komentarze
Przygotowania do ślubu Billa i Fleur trwały i tak naprawdę, każdy, kto przebywał teraz w Norze, był w jakiś sposób w nie zaangażowany. Pani Weasley wzięła wszystkich w obroty i wydawała polecenia, pan Weasley pilnował, by jego małżonka nie wybuchała złością zbyt często. Nawet Harry i Ron, którym zwykle udawało się wyłgać od tego typu pomocy, posłusznie robili to, czego Molly od nich oczekiwała. Każdy chodził przy niej jak na paluszkach, wszak do ślubu zostały tylko dwa dni.
Sami narzeczeni nie oczekiwali wielkiej ceremonii. Nawet Fleur powtarzała, że w związku z obecnymi wydarzeniami, wolałaby skromny ślub z garstką rodziny i przyjaciół. Bill był tego samego zdania – nie chciał robić niepotrzebnej szopki. Jednak oboje wiedzieli, że nie ma sensu kłócić się z Molly, która uważała, że jej najstarszy syn powinien mieć wesele, na jakie zasługuje, właśnie mimo tego, co działo się w świecie czarodziejów.
Tak czy siak, stanęło na hucznym weselisku, zaproszono mnóstwo gości, oczywiście, sprawdzonych gości. Zakon Feniksa już od parunastu dni zajmował się bezpieczeństwem. Co to znaczy? Otóż to, że pierwszego dnia udało im się stworzyć barierę nad domem Weasley’ów. Codziennie każdy z członków Zakonu rzucał kilkanaście zaklęć, które miały ją umocnić. Co z tego, że zaklęcia się powtarzały? Pani Weasley zarządziła, że ma być bezpiecznie i każdy starał się, by tak było.
Za domem Weasley’ów, na wielkiej łące stał już ogromny biały namiot. Dekoracje były proste, aczkolwiek bardzo eleganckie. Molly, po konsultacjach z matką Fleur, postawiła na białe i fioletowe kwiaty. Na środku znajdował się piękny drewniany parkiet, a wokół niego stały okrągłe stoliki, również udekorowane kwiatami i srebrno-białymi serwetami. Przy każdym takim stoliku mogło zasiąść dziesięć osób.
Hermiona sądziła, że to nierozsądne robić tak huczną imprezę w takich czasach. Miała wrażenie, że reszta czarodziejów ma podobne zdanie, jednak każdy zdawał się nie zwracać uwagi na to, że Śmierciożercy mogą zaatakować w każdej chwili. Nie wiedziała, czy miało to związek z tym, że wszyscy po śmierci Dumbledore’a chcieli poczuć choć namiastkę normalności. Nadal uważała, że jest to skrajna głupota i że powinni udać się na poszukiwanie Horkruksów, zniszczyć je i Voldemorta raz na zawsze.
Wiele razy pokłóciła się o to z Harrym i Ronem, jednak oboje uważali, że skoro Śmierciożercy nikogo nie atakują, mogą sobie pozwolić na odrobinę zabawy.
Cała trójka, jak zawsze, ulotniła się na paręnaście minut, by móc spokojnie porozmawiać. Znajdowali się na schodach przy strychu. Żadnego z nich nie obchodził zapach kurzu, od którego gryzło ich w nosach ani pająk, który budował swoją pajęczynę tuż nad ich głowami.
- Harry, myślałam, że jesteś odrobinę rozsądniejszy – powiedziała z grymasem na ustach, patrząc na swojego przyjaciela.
Potter westchnął i opuścił głowę.
- Znajdziemy Horkruksy, obiecuję ci – zaczął. – Wyruszymy zaraz po weselu, nie chcę psuć tego dnia Fleur i Billowi.
- Oni zrozumieją! – Hermiona podniosła głos. – Na co my właściwie czekamy?!
- Cóż – odezwał się Ron – od paru dni nic się nie wydarzyło. Nikt nie zginął, nikogo nie porwali.
- I co ty myślisz? – zwróciła się do rudzielca. – Że oni tak to zostawią? To cisza przed burzą!
- Hermiona, proszę, uspokój się – powiedział cicho Harry. – Wszyscy wiemy, że muszę znaleźć Horkruksy…
- Musimy – wtrąciła dobitnie.
- …ale naprawdę nie chcę psuć im ślubu. Chcę, żeby pani Weasley poczuła chociaż na chwilę, że jest jak wcześniej…
- Ale nie jest! Harry, nie rozumiesz? Nie jest i nie będzie jak wcześniej! Ludzie giną, bo oni mają taki kaprys, bo on ma taki kaprys! Nie możemy na to pozwolić!
- Wiem, że jestem Wybrańcem – powiedział smutno Harry. – Wiem, co muszę zrobić.
- Ale pozwól tym ludziom na odrobinę zabawy – dokończył za niego Ron.
Hermiona aż się zapowietrzyła. Chłopcy wykorzystali ten moment i uciekli od niej. Jak, jak oni mogli być tak nieodpowiedzialni? Nie mogła zrozumieć ich punktu widzenia.
Słyszała krzątanie na korytarzu. Usiadła na łóżku i otarła ręką czoło. Odkąd Nora stała się siedzibą Zakonu Feniksa, nikt nie miał tu odrobiny prywatności. Cały czas w domu ktoś przebywał, cały czas ktoś chodził po pokojach, szukał czegoś. Hermiona nie mogła zebrać myśli.
Nagle poczuła, że się tu po prostu dusi. Poczuła, że musi jak najszybciej stąd wyjść, odetchnąć. Zabrała różdżkę, drugą ręką narzuciła na siebie lekki sweter i wybiegła z domu.
W duchu liczyła na to, że nikomu nie przyjdzie do głowy, by spytać, gdzie tak pędzi. Na całe szczęście, nikt nie zwracał na nią uwagi. No cóż, nie do końca.
To, że ktoś ją śledzi, zrozumiała po przejściu jednego kilometra. Na wszelki wypadek wyciągnęła różdżkę i trzymała ją blisko ciała. Nie znała dobrze okolicy, nie chciała tak bardzo oddalać się od domu. Ironia. Nazywała wszystkich dookoła nierozsądnymi, a jaka była ona, idąc na samotny spacer i nie mówiąc o tym nikomu? Miała wrażenie, że trochę prowokuje los.
Dobrze, że była tu tylko jedna ścieżka. Za zakrętem znajdowało się wzgórze. Nie czuła strachu, mimo świadomości, że ktoś za nią podąża. Była zdania, że jeśli ten ktoś miałby zrobić jej krzywdę, bądź ją zabić, dawno by to zrobił.
Szybko wdrapała się na wzgórze i zeszła z niego parę metrów. Usiadła za krzakiem, cały czas trzymając różdżkę w pogotowiu. W końcu ostrożności nigdy nie za wiele.
Po paru minutach usłyszała kroki, ale wiedziała, że ta osoba nie mogła jej zobaczyć.
- Och – usłyszała. – Już myślałem, że mi uciekłaś.
Zmarszczyła brwi i zobaczyła nad sobą Freda. Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Zobaczyła, że uśmiecha się od ucha do ucha.
- Skąd…?
- Wiem, że Ron pokazał ci kiedyś to miejsce. Tu chował się ode mnie i Georga – powiedział, siadając koło niej.
Hermiona uśmiechnęła się półgębkiem i spojrzała na niego. Słońce zachodziło i pomyślała, że robi się nawet… romantycznie. Szybko odsunęła od siebie tę myśl. Nie miała czasu na takie rzeczy.
- Pozostaje mi tylko spytać, po co za mną szedłeś?
- Właściwie to sam nie wiem – odparł z rozbrajającą szczerością. – Ciężko wybrać, czy to dlatego, że zwyczajnie nie chcę, żebyś robiła z siebie idiotkę, chodząc na samotne spacery, czy po prostu chciałem uciec od mojej apodyktycznej matki.
Hermiona parsknęła śmiechem.
- Idiotki, mówisz? – Zauważyła, że Fred wzruszył ramionami. – A twoja mama nie jest apodyktyczna – dodała szybko.
Teraz Fred się zaśmiał.
- Chyba przez ostatnie parę dni widzieliśmy inną Molly Weasley – stwierdził, a Hermiona powstrzymała kolejny wybuch śmiechu. Tu akurat miał rację – pani Weasley dyrygowała wszystkimi, używała tonu głosu, który nie znosił sprzeciwu i nie słuchała niczyich sugestii. Wszystko miała zaplanowane i wszystko miało być tak, jak ona chce.
- Może powiesz mi, dlaczego byłaś na tyle głupia i poszłaś sama na spacer? – zapytał.
Hermiona westchnęła. Nawet nie próbowała się bronić. Wiedziała, że jest głupia, postępując w ten sposób.
- Chyba potrzebowałam chwili samotności – odparła w końcu. – Jakim cudem zauważyłeś moją nieobecność? Myślałam, że nikt mnie nie widzi.
Fred obracał różdżkę w dłoni z uśmiechem.
- Lubię zagadki – powiedział. – A zagadką jest, dlaczego narażasz się dla chwili samotności. Ach, i przy okazji, mam nadzieję, że nacieszyłaś się tą chwilą wystarczająco mocno, bo nie mogę cię tu zostawić. – Hermiona spojrzała na niego, zdziwiona, a ten znów wzruszył ramionami z miną niewiniątka. – Cóż, któreś z nas musi być mądrzejsze.
Gryfonka zaśmiała się jeszcze raz i uderzyła go delikatnie w ramię.
- Ała! – Fred skrzywił się i rozmasował miejsce, w które dostał kuksańca.
- Och, daj spokój. Nie mam aż tyle siły – powiedziała.
Chłopak zastanowił się przez chwilę.
- W sumie to masz rację. – I wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Hermiona nie mogła nie odpowiedzieć mu tym samym. Przyłapała się na myśli, że dawno nie śmiała się tyle razy. Miło było na chwilę odpędzić dręczące ją myśli i miło było spędzić czas nie na kłótniach z Ronem i Harrym.
Fred położył się na trawie.
- Skoro chcesz spędzić czas w ciszy, to mogę ci to zagwarantować. – Hermiona spojrzała na niego zdziwiona, a ten wywrócił oczami. – Tak, potrafię być cicho.
Dziewczyna pokręciła głową i po chwili wahania, położyła się obok.
- Nie o to mi chodziło, Panie Najmądrzejszy – rzuciła z przekąsem. Kątem oka zauważyła, że Fred chce coś powiedzieć, ale uprzedziła go, podnosząc rękę. – Miało być w ciszy, sam tak powiedziałeś.
- No więc cisza – powiedział Fred po chwili.

Zaczęło się ściemniać, kiedy Fred zarządził powrót. Hermiona trochę protestowała – naprawdę brakowało jej tej ciszy, ale nie kłóciła się z nim. Powrót zajął im niecałą godzinę, w tym czasie już nie było między nimi ciszy. Bliźniak zagadywał ją i starał się żartować. Hermiona patrzyła niego z mieszanką zakłopotania i podziwu. Zakłopotania, bo to tak naprawdę pierwszy raz, gdy byli tyle czasu sam na sam. Podziwu, bo zachowywał dobry humor, mimo tego co się działo.
Weszli do Nory tylnym wejściem – na szczęście nikt ich nie zauważył. Hermiona nawet wolała nie myśleć o tym, co zrobiłby Ron, gdyby zobaczył ich samych. Sądziła, że Fred również wolałby nie tłumaczyć się swojej matce, dlaczego spędził z nią tyle czasu sam na sam.
Pożegnali się przy schodach i każde poszło do swojego pokoju.

Gdy zasypiała, słyszała miarowy i spokojny oddech Ginny. Całe szczęście, nie musiała z nią za wiele rozmawiać. Nie przepadały za sobą i wymieniały w ciągu dnia kilka zdawkowych uwag.
Przewracała się z boku na bok, a w jej myślach panował istny chaos – myślała o tym, co ją czeka, o ślubie, o rodzicach, na których rzuciła zaklęcie zapomnienia, o Zakonie, o Dumbledorze, o minionym popołudniu spędzonym w towarzystwie Freda.
Zastanawiała się, jak powinna się czuć. Ktoś inny powiedziałby, że nie ma się właściwie nad czym zastanawiać, ale ona była jedną z tych osób, które wszystko analizują. Także analizowała. Nigdy nie była z Fredem blisko, a więc dlaczego poszedł za nią? Do myślenia skłaniał ją również fakt, iż rozmawiało im się całkiem dobrze, a co jeszcze lepsze, gdy milczeli, nie czuła napięcia. Wtedy, z nim, nie myślała o Ronie, co ostatnio rzadko jej się zdarzało, bowiem najmłodszy syn Weasley’ów często gościł w jej głowie.
Bezwiednie zaczęła ich oboje porównywać – Rona znała na wylot, mogła czytać z niego, jak z otwartej książki, a Fred był dla niej istną zagadką. Tak naprawdę w ogóle go nie znała, nic o nim nie wiedziała. To sprawiało, że tak jak nowego przedmiotu w szkole, chciała się go nauczyć. Porównała ich także z wyglądu. Bliźniacy byli wyżsi niż Ron i mieli włosy bardziej wpadające w brąz niż rudy. Chyba przegapiła ten moment, kiedy cała trójka stała się mężczyznami.
Pomyślała też o tym, że nigdy nie miała problemów z odróżnieniem Georga i Freda. Choć inni często się mylili, jej nie zdarzyło się to ani razu. Przez te wszystkie lata, kiedy ich znała, ani razu nie zwróciła się do Freda imieniem Georga i na odwrót.
Pomyślała też o tym momencie, kiedy Fred zmierzył ją wzrokiem, kiedy sądził, że ona nie widzi. Czy powinno ją to w jakiś sposób zainteresować?

Niestety na to pytanie nie znalazła odpowiedzi, gdyż zmorzył ją sen.

No i rozdział pierwszy za nami :) Mam nadzieję, że się spodoba, a co do prologu to wszystko się wyjaśni, spokojnie :)
środa, 7 grudnia 2016
Autor: 7 komentarzy
Kochani rodzice!
Jeżeli czytacie ten list to albo jestem już martwa, albo, jakimś cudem żyję i przekazałam Wam go, by wyjaśnić, co działo się ze mną podczas mojej nieobecności. Właściwie, nawet jeżeli już nie żyję, to ten list napisałam po to, żeby wszystko wyjaśnić. Przepraszam, jeżeli cokolwiek wydaje Wam się niezrozumiałe lub chaotyczne. Nie mam zbyt wiele czasu.
Nie poszłam do ostatniej klasy. Mam nadzieję, że w jakiś cudowny sposób uda mi się ukończyć szkołę, sami wiecie, jak bardzo kocham naukę. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego Wam o tym nie powiedziałam. Musiałam rzucić na Was zaklęcie zapomnienia, to właśnie dlatego znajdujecie się w małym miasteczku przy plaży w Australii, a nie w naszym domu na przedmieściach Londynu. Wasze dokumenty, klucze, pieniądze i wszystko, co może być potrzebne do powrotu, znajduje się w skrytce w piwnicy. Jeśli dobrze poszukacie, na pewno ją znajdziecie.
Musiałam uciekać. Najpierw myślałam, że pomogę Harry’emu w znalezieniu Horkruksów, jednak w wyniku pewnych okoliczności, nie mogłam. Harry zrozumiał, dlaczego. Ach, jeszcze jedno. Jeśli nie będziecie rozumieli czegokolwiek, zwróćcie się z tym do państwa Weasley’ów – będą służyć odpowiedzią na każde wasze pytanie, jeśli ja nie będę mogła.
Świat czarodziejów jest teraz bardzo niebezpiecznym miejscem. Po śmierci Dumbledore’a stał się jeszcze bardziej niebezpieczny. Musicie zrozumieć, że te zaklęcie zapomnienia rzuciłam po to, by Was chronić. Proszę, nie miejcie mi tego za złe. Molly i Artur namówili mnie, bym została chociaż do ślubu Fleur i Billa, potem jednak muszę uciekać. Muszę być w ciągłym ruchu, dopóki ten horror się nie skończy. Dopóki ona nie zginie.
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze pomóc Harry’emu w walce z Voldemortem, że będę mogła porozmawiać z Wami i że powiem Wam, jak bardzo Was kocham.
Przepraszam i kocham Was całym sercem,

Na zawsze Wasza - Hermiona
© Design by Agata for WS. Scroller, pattern.